Siódmy dzień naszego wakacyjnego wyjazdu miał być spokojniejszy. W planach mieliśmy tylko odwiedzenie słowackiej Leśnicy, a potem ostatni spacer po Szczawnicy. Mieliśmy się nie przemęczać, ale czy to udało się osiągnąć? Nie do końca, ale o tym już za chwilkę.
Na czwartek przede wszystkim zaplanowaliśmy wyjazd do miejscowości Jaworki, aby stamtąd ruszyć do Wąwozu Homole. Po nawałnicy poprzedniego dnia ten dzień zapowiadał się upalnie, co było widać po błękitnym niebie bez żadnej chmurki, więc można było wyskoczyć w góry.
Środa była pierwszym dniem, który mieliśmy spędzić na górskich wędrówka. Wstaliśmy rano, zjedliśmy, do plecaka spakowaliśmy prowiant oraz wodę i po wyjściu z domu gościnnego ruszyliśmy w stronę Grajcarka. Po dojściu do potoku przeszliśmy przez most na alejkę pieszo-rowerową i ruszyliśmy w stronę Dunajca.
We wtorek mieliśmy zaplanowany kolejny wyjazd grupowy, choć tylko w jedną stronę. Do Szczawnicy musieliśmy wrócić w miarę o własnych siłach i jak się okazało w określonym czasie. Co takiego nas czekało? O tym za chwilę.
W poniedziałek, mimo zaplanowanej wycieczki na Słowację, nie musieliśmy wstawać bardzo wcześnie, a przynajmniej tak nam się wydawało. Zbiórkę mieliśmy zaplanowaną na 8:45 przed budynkiem Pienińskiego Centrum Turystyki, do którego mogliśmy dojść w około 20 minut, ale w końcu wyszło na to, że musieliśmy bardzo się pośpieszyć, aby zdążyć na wycieczkę. Chyba dwa luźniejsze dni trochę nas rozleniwiły.