Ostatni raz na Podhalu byliśmy w 2023 roku. Niby było to całkiem niedawno, ale jeden sezon przerwy spowodował, że bardzo stęskniliśmy się z żoną za Tatrami. Postanowiliśmy, że spróbujemy się wybrać w tym roku na Podhale, ale tym razem w powiększonym składzie, z naszym dwuletnim synkiem.
Próba przed urlopem
Trochę czasu minęło, zanim ostatecznie zdecydowaliśmy się na wakacyjny wyjazd na południe Polski. Najpierw przetestowaliśmy wycieczkę do Krakowa, aby sprawdzić, czy damy radę tam dojechać z naszym synkiem. Kilka miesięcy wcześniej trudno było dojechać do Kielc. Wyjazd do Krakowa się udał, więc mogliśmy spróbować pojechać dalej, ale zatrzymując się po drodze właśnie w Krakowie, przynajmniej na dłuższą przerwę, aby Jaś mógł się tam rozruszać.

Wybór noclegu
Mimo tego, że zaplanowaliśmy wyjazd na Podhale, nie mieliśmy czasu pomyśleć, gdzie byśmy nocowali. Czy byśmy zostali na noc w Krakowie lub jego okolicy. Czy dłużej tam czas spędzili, a dopiero na wieczór pojechali dalej. Wszystko uzgodniliśmy właściwie dwa tygodnie przed naszym urlopem. Znaleźliśmy też wtedy nocleg, który nam odpowiadał przede wszystkim dlatego, że Jaś miałby tam gdzie spędzić czas w niepogodę. W miejscu, do którego jeździliśmy od 2010 roku, w zakopiańskiej Mraźnicy, mimo tego, że je uwielbiamy, niestety z małym dzieckiem byśmy się nie pomieścili i musieli kombinować w niepogodę.
Miejsce, które spełniło nasze oczekiwania nie było zlokalizowane w Zakopanem, a w pobliskim Murzasichle. W dosyć sporym pokoju mieliśmy do dyspozycji lodówkę, czajnik elektryczny i oczywiście telewizor. Do tego balkon, prywatna łazienka, stół i dwa łóżka. Nie mówię już o świetnym widoku z okna na Tatry. To miejsce, to U Gawlaka, które znajduje się przy ulicy Sądelskiej 112g. Musieliśmy tylko wpłacić zaliczkę, aby zarezerwować pokój.
U Gawlaka posiłki można przygotować we wspólnej kuchni i spożyć w jadalni. Dzieci i rodzice mają do dyspozycji spory pokój zabaw obok kuchni, gdzie poza zabawkami dla małych dzieci, starsi mogą pograć w tenisa stołowego, czy piłkarzyki. Do tego do dyspozycji jest ogród z placem zabaw i zabawkami dla najmłodszych i trochę starszych. Można również skorzystać z bani. Czas spędzony na świeżym powietrzu umila widok na Tatry. Jednak to, do czego można się przyczepić, to pastuch zamiast ogrodzenia, który oddziela teren ogrodu od pastwiska dla koni. Mimo tego, świetne miejsce, które chyba stanie się naszym ulubionym miejscem noclegowym na Podhalu.
Wyjazd
Już dzień przed wyjazdem spakowaliśmy najważniejsze rzeczy w torby, które wyniosłem do samochodu, aby nie tracić czasu na załadowanie auta tuż przed wyjazdem. Wtedy też trudno jest to zrobić, gdy Jaś koniecznie chce pomagać. W dniu wyjazdu spakowaliśmy jeszcze jedzenie do torby termicznej, no i oczywiście prowiant na drogę, w tym obiadki dla Jaśka w termosach Esbit.
Droga do Krakowa w to niedzielne przedpołudnie przebiegła bardzo sprawnie. Na ostatnim MOPie przed Krakowem, tym samym, na którym zatrzymaliśmy się dwa miesiące wcześniej, zrobiliśmy przerwę na obiad i rozruszanie kości. Ze względu na to, że psuła się pogoda, zastanawialiśmy się, czy jechać do ogrodu zoologicznego, jak pierwotnie planowaliśmy, czy gdzieś indziej. Znaleźliśmy nawet dwa miejsca, które mogłyby spodobać się Jasiowi, ale postanowiliśmy zaryzykować i wybraliśmy się ponownie do krakowskiego ogrodu zoologicznego.
Ogród zoologiczny w Krakowie
Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce, okazało się, że nie można podjechać na parking przed samą bramą do ogrodu. Musieliśmy zatrzymać się na dalszym parkingu, skąd mieliśmy kilkadziesiąt minut pieszej drogi. Na tym parkingu trzeba uważać, ponieważ są dwie bramki, jedna z płatnością za dobę, a druga z płatnością za godzinę. Takie tam krakowskie podejście do zarabiania pieniędzy.
Z dolnego parkingu przeszliśmy ścieżką, czasem problematyczną dla osób z wózkami, przez Las Wolski do zoo, gdzie była dosyć spora kolejka do kas, ale szybko wszyscy byli obsługiwani. Tym razem udało się nam przejść obejść praktycznie cały ogród zoologiczny. Nie wchodziliśmy do budynków, bo trudno by było się zmieścić z naszym wózkiem, ale i tak było fajnie. Oczywiście przez chwilę pokropił deszcz, ale nie wymagało to schowania się gdzieś.

Ze zmęczonym już Jaśkiem wróciliśmy do samochodu po kilku godzinach spacerowania po ogrodzie zoologicznym. Gdy opłacałem parking zaczęło padać i tak już było przez dłuższą część drogi do Murzasichle.
W czasie drogi do Murzasichle, podczas której Jaś przysnął, nie mieliśmy większych problemów z dojazdem. Standardowo wyjazd z Krakowa był uciążliwy. Później spowolnienie związane z robotami drogowymi na DK7. Na końcu za to korek przed Poroninem. Takie uroki związane z dojazdem do Zakopanego.
Dojazd na miejsce
Przed wieczorem dojechaliśmy na miejsce. Pierwsze podejście z wjazdem na posesję okazało się fiaskiem, ponieważ droga była zasłonięta przez drzewa i ją ominąłem, choć nawigacja pokazywała dobrze. Po zawróceniu od razu było widać wjazd.
Po dojechaniu na miejsce poznaliśmy bardzo sympatyczną właścicielkę, które oprowadziła nas po posesji, powiedziała co i jak. Oczywiście zaprowadziła nas do pokoju i przekazała do niego klucze. Moja żona zajęła się synkiem, a ja w tym czasie poznosiłem nasze torby do pokoju.

Gdy się rozpakowaliśmy, ja z synkiem wyszedłem do ogródka, a moja żona poszła do kuchni przygotować kolację. Jaśkowi bardzo spodobało się to miejsce. Mógł z bliska popatrzeć na koniki, choć trzeba było uważać na pastucha, huśtał się, zjeżdżał ze zjeżdżalni, czy kopał ze mną piłkę. Fajnie spędziliśmy ten czas, patrząc na Tatry, za którymi się tak stęskniliśmy.

Mimo tego, że w ciągu dnia Jaś miał dwie drzemki w samochodzie, to i tak był zmęczony. Po kolacji mieliśmy problem, żeby go umyć. Sami padnięci wcześniej poszliśmy spać.
Spacer do schroniska Murowaniec
Pierwszym miejscem, które mieliśmy w planie na ten wyjazd, był spacer do schroniska Murowaniec. W związku z tym następnego dnia po przyjeździe, wstając standardowo z samego rana, zeszliśmy do kuchni zjeść śniadanie. Moja żona w sali zabaw bawiła się z synkiem, a ja przygotowywałem śniadanie dla nas i do tego prowiant oraz obiad do termosu Esbit dla Jasia.

Po śniadaniu spakowaliśmy najważniejsze rzeczy na drogę i mimo pochmurnego nieba, samochodem podjechaliśmy na parking w pobliskich Brzezinach. Tak, mogliśmy przejść ten kawałek, ale uznaliśmy, że droga między Zakopanem a Łysą Polaną mogłaby być problematyczna ze względu na brak chodnika.
Z Brzezin czarnym szlakiem przez Dolinę Suchej Wody doszliśmy do schroniska. Część drogi Jaś przeszedł sam, a gdy się zmęczył przesiedział w wózku. Tak, ten szlak jest dobry dla rodzin z dziećmi, które korzystają z wózka, dlatego go wybraliśmy na pierwszy wypad.

Po drodze do schroniska Murowaniec zaczął padać deszcz, więc próbowaliśmy się ukryć w środku i tam zjeść obiad. Niestety się nie dało. Było mega tłoczno, a Jasiek ze zmęczenia zaczepiał turystów, więc musieliśmy wyjść z budynku. Na szczęście na zewnątrz ktoś zwolnił miejsce na parapecie, więc my je zajęliśmy. Tu na nas nie padało. Jaś mógł zjeść obiad, a my kanapki.

Niestety pogoda tego dnia nas nie rozpieściła. Miał być przelotny deszczyk, a nie ciągły deszcz. Nie mogliśmy spokojnie posiedzieć w okolicy schroniska, delektując się widokiem na góry, którego nie było, więc postanowiliśmy wracać do pokoju.
Całą drogę do samochodu wróciłem z Jasieńkiem na rękach. Ze zmęczenia i brzydkiej pogody obraził się na wózek i nie było siły, która spowodowałaby, aby można było go do niego włożyć. Nawet ostatnie pół godziny drogi przespał wtulony we mnie. Plusem tego powrotu było to, że bardzo szybko zeszliśmy. Natomiast dla mnie minusem była kontuzja lewego kolana spowodowana dźwiganiem kilkunastu kilogramowego synka przez około 6 kilometrów po mokrych kamykach.
Zanim wróciliśmy do pokoju podjechaliśmy do Lewiatana pod zakupy spożywcze na kolejne dni. Gdy zrobiliśmy zakupy, podszedłem jeszcze do pobliskiego kramu, w którym kupiłem oscypka. Później po ugryzieniu tego serka okazało się, że w środku są kawałki aluminiowego druciaka. Jadłem z różnych miejsc oscypki i nigdy taki syf mi się nie trafił. Ble.
Deszcz przestał padać dopiero późnym popołudniem. Wtedy mogliśmy z Jasiem wyjść do ogródka i tam się z nim jeszcze pobawić. Później pozostała nam tylko kolacja i pójście spać, z nadzieją, że po tym dniu nie przeziębimy się. To nam się udało.

Drugi wypad w Tatry
Ze względu na tom że kolejny dzień naszego urlopu na Podhalu zapowiadał się słoneczny, podobnie, jak poprzedniego dnia wstaliśmy rano i przygotowaliśmy się do wycieczki. Tym razem sporo czasu się nam zeszło z zebraniem się, choć nie było jeszcze bardzo późno.


W planie mieliśmy podjechanie samochodem na parking przy Wierchu Poroniec i spacer niebieskim szlakiem na Rusinową Polanę. Niestety po dojechanie na miejsce okazało się, że parking był już cały zajęty, więc musieliśmy znaleźć miejsce do zawrócenia i ustalenie, gdzie w takim razie jedziemy.

Być może moglibyśmy zaparkować na jakimś parkingu przed Polaną Głodówka, ale ze względu na spory ruch nie chcieliśmy ryzykować. W końcu jest wiele fajnych miejsce, w które można wybrać się z dzieckiem w wózku. Pojechaliśmy do Witowa, aby przejść się na Polanę Chochołowską.
Droga do Witowa zajęła nam trochę czasu ze względu na korki i remonty w Zakopanem. Nie mniej nie było problemu z zaparkowaniem na parkingu przed samym wejściem do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Problem był tylko z dojazdem tam, ponieważ naganiacze z parkingów po drodze, które już były w dużej części zajęte, blokowali drogę, aby do nich zajechać. Tu zawsze mogłem wrócić, więc zaryzykowałem, jadąc dalej i dobrze zrobiłem.
Dolina Chochołowska
Część drogi na Polanę Chochołowską Jaś przeszedł sam, patrząc co jakiś czas, czy nie jadą koniki, które podczas tego wyjazdu stały się numerem jeden na jego liście zachwytów. Całość zajęła nam trochę czasu ze względu na oglądanie przez synka kamyków, które po drodze mu się spodobały, czy nacieszenie oczek patrzeniem na koniki. Zaszliśmy też nad Wywierzysko Chochołowskie, które spodobało się mojej żonie, choć do tej pory je omijała. Tu też na moim ręku przysiadł motyl, który doszedł do nas prawie na Polanę Chochołowską.


Czy droga na Polanę Chochołowską przygotowana jest dla rodziców z dziećmi w wózkach? Do Polany Huciskiej tak, dalej już trzeba być wytrwałym, aby prowadzić wózek po kamieniach. Nasz na szczęście podczas tej wędrówki się nie rozpadł.
Nie będę ukrywał, że z trudem doprowadziłem śpiącego Jaśka w wózku do schroniska na Polanie Chochołowskiej, gdzie moja żona weszła do środka, aby zamówić dla synka fryteczki do obiadu, a dla nas kwaśnicę. Ja rozłożyłem się na kamieniu w cieniu ze śpiącym w wózku Jaśkiem.


Moja żona po dłuższym czasie wyszła ze schroniska z tacką z jedzeniem. Podszedłem do niej z wózkiem na taras, gdzie było kilka wolnych stołów i zajęliśmy jeden. Kwaśnica była bardzo smaczna, choć cena wysoka. Jasiek w czasie naszego delektowania się widokiem na góry i jedzeniem kwaśnicy obudził się i jeszcze zaspany zaczął wcinać frytki, które już na niego czekały. Poza kwaśnicą pierwszy raz zjedliśmy szarlotkę w schronisku. Ta też była bardzo smaczna.
Najedzeni, Jaś oczywiście poza frytkami, zjadł swój obiad, poszliśmy rozłożyć się na macie na polanie. Tutaj musieliśmy się wymieniać z żoną opieką nad synkiem, ponieważ on w miejscu nie usiedzi. Raz ja z nim spacerowałem i pokazywałem krówki oraz owieczki, a później moja żona trzymała go za rączkę, gdy ten przechodził z kamienia na kamień.

Powrotna droga z Polany Chochołowskiej była podobna do tej z poprzedniego dnia. Różnica była taka, że Jaś niewielki fragment przeszedł sam, a resztę drogi niosłem go na rękach. Najgorzej było po kamieniach, więc moje kolano oberwało jeszcze mocniej. Po powrocie do samochodu trudno było mi usiąść na fotelu, a jeszcze czekała na mnie droga powrotna do Murzasichle przez zakorkowane Zakopane.
Ten słoneczny dzień bardzo miło spędziliśmy i zakończyliśmy tak, jak poprzedniego dnia w ogródku, bawiąc się z synkiem. Tym razem mieliśmy jeszcze lepszy widok na Tatry i zachód słońca nad Gubałówką. Tego mi brakowało.
Zakopane
Przyszedł kolejny dzień naszego pobytu na Podhalu. Tym razem, mimo tego, że był słoneczny, nie wybieraliśmy się w góry, a na spacer po Zakopanem. To była moja i mojej żony kolejna rocznica ślubu, więc chcieliśmy spędzić ten dzień spokojniej.
Nie śpieszyliśmy się z wyjazdem, więc spokojnie mogliśmy zjeść śniadanie i pobawić się z Jasiem w sali zabaw. Po czym, biorąc tylko obiad w termosie dla synka, ruszyliśmy do Zakopanego, oczywiście zakorkowanego. W planie mieliśmy przejście się nasza ulubioną trasą, którą pokonywaliśmy z żoną, przyjeżdżając do zakopiańskiej Mraźnicy, gdzie nocowaliśmy od wielu lat u państwa Biegańskich.
W Zakopanem zaparkowaliśmy samochód na parkingu wzdłuż ulicy Skibówki przy Drodze do Walczaków. Tu zazwyczaj są wolne miejsca i tak było tym razem. Po drodze Jaś przysnął w samochodzie, więc przerzuciliśmy go z fotelika samochodowego do wózka i ruszyliśmy w stronę Drogi pod Reglami, mijając miejsca, które tak dobrze znamy i za którymi tęskniliśmy.

Po dojściu do Drogi pod Reglami najpierw skręciliśmy w prawo, aby przejść się do bacówki po oscypki na drogę, a następnie zawróciliśmy i powoli ruszyliśmy w stronę skoczni. Większość Drogi pod Reglami była spokojna. Dopiero przy wejściu do Doliny Strążyskiej zrobiło się tłoczno, a do tego jakaś baba na rowerze, widząc, że schodzimy po schodach z wózkiem, nie mogła chwili poczekać na wejście, tylko się wepchała. Musiałem kombinować, aby się zmieścić i nie zwalić wózka ze śpiącym synkiem. Niestety ta sytuacja go wybudziła.
Idąc Drogą pod Reglami minęliśmy Dolinę Strążyską, potem Dolinę ku Dziurze i na chwilę się zatrzymaliśmy przy Polanie Spadowiec, gdzie było ogromne stado owiec. Takiego jeszcze nie widziałem. Owce chodziły między ludźmi, więc też trudno było przejść dalej. Stąd już czasem Jaś szedł za rączkę, a czasem na rękach.
Mijając wejście do Doliny Białego doszliśmy do Wielkiej Krokwi, a następnie doszliśmy do ulicy Józefa Piłsudskiego, gdzie planowaliśmy zjeść jakiś obiad. Było tu jednak tłoczno, głośno i drogo. Ruszyliśmy dalej. Na obiad zatrzymaliśmy się w Bosco Pizza przy ulicy Zamoyskiego. Było mało ludzi, fajny klimat, a do tego zjedliśmy smaczny obiadek.
Najedzeni ruszyliśmy w stronę zatłoczonych Krupówek, którymi przeszliśmy się kawałek po fryteczki dla Jaśka. Następnie przeszliśmy na Górną Rówień Krupową, gdzie rozłożyliśmy się na leżaku i odpoczywaliśmy. W tym czasie synek wcinał frytki, ale nie trwało to zbyt długo. Zaczęło mu się nudzić, więc mijając napis ZAKOPANE, przeszliśmy na Dolną Rówień Krupową, gdzie dłuższy czas spędziliśmy z Jaśkiem na Placu Zabaw.

Ze względu na to, że było już późne popołudnie, stwierdziliśmy, że musimy już wracać do samochodu. Mieliśmy też kilka kilometrów do przejścia, ale obiecaliśmy synkowi, że pokarzemy mu jeszcze konie. W związku z tym na Skibówki wróciliśmy przez Krupówki tak, aby zahaczyć o dorożki. Jasiek był zachwycony.
W drodze do samochodu Jasiek przysnął. Rano śpiącego synka przerzucaliśmy z fotelika w samochodzie do wózka, a tym razem tę czynność odwróciliśmy. Jasiek wstał dopiero przed dojechaniem do Murzasichle.
Kolejny wieczór spędziliśmy tak, jak trzy poprzednie, bawiąc się w ogródku i sali zabaw. Było fajnie. To był kolejny dzień, który miło spędziliśmy razem i odsapnęliśmy. Niestety to był ostatni dzień naszej podróży po Podhalu. Następnego dnia wracaliśmy do domu, choć próbowaliśmy przedłużyć nasz pobyt, niestety już była rezerwacja na nasz pokój.




Powrót do domu
W dzień naszego wyjazdu z Murzasichle byliśmy już częściowo spakowani. Zrobiliśmy to z żoną wieczorem poprzedniego dnia, gdy Jaś już spał. Zostało tylko zjeść śniadanie. Przygotować coś do jedzenia na powrót i spakować się do samochodu.
Gdy opuszczaliśmy pokój, przed naszymi drzwiami już były ułożone torby osób, które miały zająć nasz lokal. Przesympatycznej właścicielce oddaliśmy klucze do pokoju, rozliczyliśmy się, a Jaś dostał prezent. Spędziliśmy tu świetnie razem czas i mamy w planie wrócić w przyszłym roku, być może na dłużej.
W drodze powrotnej do domu nie odbyło się bez korków. Na pierwszy trafiliśmy już w Poroninie. Później były duże utrudnienia w okolicy Myślenic, a my byliśmy jeszcze umówieni ze znajomymi z Krakowa, do których mieliśmy podjechać. Na szczęście w samym Krakowie nie było utrudnień i szybko do nich dojechaliśmy. Po drodze Jaś zaliczył drzemkę.
U znajomych spędziliśmy miło trochę czasu, ale musieliśmy ruszać w dalszą drogę, aby przed wieczorem dojechać do domu. Ta droga odbyła się już bez komplikacji i szybko dojechaliśmy na miejsce. Jaś w tym czasie miał kolejną drzemkę.
W wakacje 2025 roku spędziliśmy tylko kilka dni na Podhalu. Z czego tylko trzy pełne, w tym dwa w górach. Mimo tego ten wyjazd bardzo się udał i cieszę się, że mogliśmy zobaczyć ponownie Tatry. Tym razem w powiększonym składzie. Był to świetnie spędzony czas razem.
Nasze podróże
Zachęcam do przeczytania moich wpisów, które dotyczą podróży z moją żoną, w tym wędrówek po szczytach, wchodzących w skład Korony Gór Polski. Opisy naszych podróży dostępne są pod adresem www.likoton.pl/category/podroze.


Dodaj komentarz