Jestem ojcem od niespełna dwóch lat, więc dla niektórych jeszcze nic nie wiem o ojcostwie i wychowaniu, a nie mając doświadczenia nie powinienem się na te tematy wypowiadać. Być może tak jest, a być może jestem atypowym rodzicem, który inaczej podchodzi do rodzicielstwa i wiedzę oraz swego rodzaju doświadczenie zdobyłem wcześniej, co opiszę w kilku punktach.

Jestem rodzicem adopcyjnym
Pierwszą różnicą między mną, a większością ojców, których znam jest to, że nie mam potomka, który posiada takie same geny, jak ja. Jestem ojcem adopcyjnym. Żeby zostać rodzicem, musiałem przejść długą drogę, zakończoną szkoleniem dla rodziców adopcyjnych, a następnie oczekiwaniem na telefon z ośrodka adopcyjnego.
To, że jestem ojcem adopcyjnym dla wielu osób oznacza, że nie jestem prawdziwym rodzicem, ponieważ tylko biologiczny ojciec jest tym właściwym. O ile mniejszym problemem jest takie rozumienie zwykłych ludzi, to niestety dużą krzywdę wyrządzają księża, którzy wiernym to wmawiają na mszach świętych. W końcu dziecko najbardziej kocha biologicznych rodziców, nawet gdy biją, a adopcyjni rodzice, to często ci gorsi, niepełnowartościowi ludzie.
Moja droga do ojcostwa dała mi to, że zostałem w pewien sposób przygotowany do opieki nad dzieckiem, w szczególności takim, które wymaga większej uwagi. W przypadku rodziców biologicznych tylko nieliczni próbują się rozwinąć w tym kierunku, aby jak najlepiej zaopiekować się swoim dzieckiem. Chyba większość liczy jednak na instynkt macierzyński i doświadczenie rodziców, dziadków, znajomych.
Spędzam aktywnie czas z dzieckiem
Być może to dziwnie zabrzmi, ale wolę spędzać czas z dziećmi niż z dorosłymi. Dzieci są prawdziwe, szczere, a dorośli często sztuczni, czego nie lubię. Dlatego zanim zostałem ojcem, często wraz z żoną zamiast wdawać się w niewnoszące nic w życie dyskusje o rolniku, który szuka żony, zajmowaliśmy się dziećmi znajomych, czy członów naszej rodziny. To przynosiło i nadal nam przynosi więcej radości, niż siedzenie przy stole i biadolenie.
Nasze podejście do nieswoich dzieci zaowocowało tym, że mamy z nimi bardzo dobry kontakt. Lubią się z nami spotykać i wiedzą, że na nas mogą liczyć. Przy nas mogą też być sobą, a nie ułożonymi dziećmi, które muszą zachowywać się w określony sposób, bo gdy będzie inaczej, to rodzice będą źli.
Szkolenie na rodziców adopcyjnym i przeczytanie wielu książek na temat opieki nad dzieckiem, jego emocjami i traumami, umocniło nas w tym, że dobrze postępujemy. Do tego wskazało nam inne rozwiązania, które mogą nam pomóc w zdrowym wychowaniu dziecka.
Takie podejście praktykujemy również w stosunku do Jaśka. Od samego początku wbrew obowiązującym normą spędzamy z nim bardzo dużo czasu. Gdy był niemowlakiem było to często nawet bierne spędzanie czasu, a bierność polegała na tym, że w porze drzemki spał na nas, a nie sam w łóżeczku. Nawet teraz w nocy śpi z nami. Między drzemkami się z nim bawiliśmy i ta zabawa pozostała. Poza zabawą czytamy książeczki, oglądamy zdjęcia, chodzimy na spacery, czy razem robimy jedzenie. Niespełna dwulatek potrafi już zamarynować kurczaka i nie robi tego z przymusu, tylko z tego, że chce, a my mu na to pozwalamy.
Znam ojców, którzy uważają, że z tak małym dzieckiem nic nie można robić, a dopiero z kilkuletnim można np. spędzić czas grając w gry. Nasz przykład jest zupełnie odmienny. Zamiast włączać mu bajki na ekranie, my jesteśmy do jego dyspozycji i angażujemy się świadome spędzanie z nim czasu. Często jest to bardzo męczące, ale widzimy, ile przyniosło to korzyści i rozwinęło Jaśka.
Staram się być uważny
Jedną z cech, która powoduje, że dzieci mnie i moją żonę lubią jest to, że potrafimy być na nich skupieni. Słuchamy dzieci, zwracamy na nie uwagę. Nie jesteśmy tylko fizycznie przy nich, a myślami gdzie indziej. Nie zawsze jest to możliwe, ale, gdy się na chwilę musimy oderwać od dzieci, wyjaśniamy, że robimy to na chwilę i że zaraz do nich wrócimy.
Z Jasiem postępujemy tak samo. Do tego od samego początku, czyli gdy miał niespełna cztery miesiące, tłumaczyliśmy mu co robimy, co będziemy robili, gdzie idziemy, czy z kim się spotkamy. Dzięki temu przygotowujemy go na nieznane lub coś, co mogłoby go stresować.
Bycie uważnym to nie tylko skupienie się, ale również próba zrozumienia. Niemowlę nie powie, że boli je brzuszek, więc z obserwacji trzeba to wywnioskować. Tak mieliśmy np. w przypadku karmienia Jasia mlekiem krowim. Nie podobało się nam to, że z bólu się wygina, płacze i ma niesamowite ulewy. Pierwszy pediatra z pobliskiej przychodni nasze podejrzenia o nietolerancję laktozy zbagatelizował. Prywatny pediatra i zaraz prywatny neurolog od razu stwierdzili, że nie toleruje kazeiny.
Wychowując Jasia zwracamy również uwagę na jego zachowanie, gdy gdzieś pojedziemy, czy z kimś się spotkamy. Widzimy, gdy coś jest dla niego trudne i albo próbujemy to wyjaśnić, albo go od tego odsunąć. W końcu dla wielu osób dziecko trzeba wrzucać na głęboką wodę, aby nauczyło się żyć.
Innym przykładem jest podśmiewanie się z nas, gdy nawet przy rodzinie jesteśmy w pobliżu Jaśka. Nie pozwalamy, aby nawet idąc gdzieś z babcią, czy dziadkiem, tracił nas na dłużej z oczu. Widzimy, że gdy przez chwilę nas nie widzi, to zaczyna być nerwowy i nas wypatrywać. Niestety nie jest to zrozumiałe, bo przecież co może się stać dziecku z wymyśloną przez nas traumą odrzucenia, które jest z ciocią, wujkiem, babcią, czy dziadkiem?
Staram się wspierać synka
Nie jest to proste i często wymaga dużo cierpliwości, ale zarówno ja, jak i moja żona, staramy się dać Jaśkowi szansę na zrobienie czegoś samemu. W szczególności teraz, gdy najlepiej sam by robił wszystko. Wiemy jednak, że dzięki temu szybciej się czegoś nauczy, a gdy nie może sobie poradzić, prosi nas o pomoc. Wtedy często wspólnie to wykonujemy.
Innym sposobem wspierania jest chwalenie synka, gdy coś zrobił, a gdy coś się nie udało, to mówienie, aby spróbował jeszcze raz. Nie mówimy mu, że zrobił coś źle i nie wyśmiewamy go, gdy coś nie wyszło idealnie. W końcu dopiero się wszystkiego uczy, więc dajemy mu szansę na rozwój, a nie go blokujemy.
Nie planuję wybierać Jaśkowi zainteresowań, które według mnie są warte uwagi i go zmuszać do nich. Natomiast obserwując go, będę próbował wspierać go w tym, co jemu będzie odpowiadało, o ile nie będzie to związane z krzywdzeniem siebie lub innych. Już teraz mówię mu i będę to robił później, co mi się nie podoba w jego zachowaniu, czy czynach i dlaczego.
Nie bagatelizuję potrzeb
Cały czas spotykamy się ze zdaniem innych rodziców, że nie można nosić dzieci na rękach, bo się przyzwyczają. Nie można spać z dzieckiem, bo nie będzie samodzielne.
Uważam, że jeżeli dziecko potrzebuje naszej bliskości, to ją powinniśmy dawać. To dzięki tej bliskości zbudowaliśmy z Jaśkiem silną relację. Wiemy, że gdy będzie gotowy, nie będzie chciał być noszonym na rękach, czy spać z nami w łóżku. Teraz tego bardzo potrzebuje i my to mu dajemy. Jednak, gdy nie mamy siły go nosić, to mu to tłumaczymy, a on rozumie, że robimy chwilę przerwy. Nie mówimy mu, że od noszenia na rękach będzie miał leniwe nóżki.
Nie bagatelizuję, gdy udaje, że go coś boli. Czasem mówi „ał” i pokazuje np. kolano, żeby go tam pocałować. Gdy dam mu buziaka, to widzę, ile mu to radości daje, a jego uśmiej mnie uszczęśliwia.
To, co ograniczamy, to rzeczy, które są zachciankami, a nie potrzebami i te, które mogą zagrażać zdrowiu. Nie dajemy mu słodyczy, te zamieniamy na owoce. Nie pozwalamy jeszcze obsługiwać się nożem, czy łapać za kubek z wrzątkiem.
Nie straszę
Nie wiem dlaczego, ale cały czas wiele osób myśli, że straszeniem dzieci spowoduje to, że dziecko posłucha się rodzica, czy opiekuna. Taka postawa przecież może spowodować lęk u dziecka na długie lata. Uważam, że lepszym rozwiązaniem jest wytłumaczenie dziecku, żeby tego nie robiło, choć jest to trudniejsze.
Nie uważam się za idealnego ojca
Staram się być takim ojcem, z którym Jasiek będzie miał bardzo dobry kontakt. Będzie czuł, że jest kochany, bezpieczny i może nam zaufać, nawet gdy coś przeskrobie.
Jednak tak, jak większość osób w głowie mam zakodowany pewien schemat działań, który przekazywany jest z pokolenia na pokolenie, a do tego wzmacniany przez otoczenie. Staram się to zmieniać i wybierać lepsze rozwiązania. Dlatego cały czas nad sobą pracuję, aby nie popełniać błędów.
Co jeszcze może świadczyć o tym, że jestem atypowym rodzicem?
- Często powtarzam Jaśkowi, że go kocham.
- Gdy czuję, że zrobiłem przy nim coś źle, przepraszam go za to.
- Pokazuję Jaśkowi to, co nas otacza, a nie to, co można zobaczyć na ekranie – tu ewentualnie zdjęcia i filmiki z nim.
- Wypracowuję z synkiem rytuały, które bardzo lubi.
- Nie uważam, że dzieci i ryby głosy nie mają.
- Uczę go wielu czynności i w miarę możliwości, pozwalam mu próbować robić to samemu.
- Nie piję alkoholu przy Jaśku. W sumie to już od dawna nie spożywam napojów z procentami i nie czuję potrzeby wracać do nich, przez co spotykam się z krytyką.
- Często przygotowuję jedzenie, w tym mleko owsiane na noc. Kąpię Jaśka, czy układam do snu.
- Nie publikuję zdjęć i filmików z nim w sieci. Szanuję jego prywatność.
- Ważniejszy jest dla mnie Jasiek i opieka nad nim niż dowartościowywanie się w mediach społecznościowych, czy na spotkaniach rodzinnych lub ze znajomymi.
- Jestem zaangażowany w jego rozwój.
- Nie chcę, aby był „ułożony”, chcę aby był szczęśliwym i dobrym człowiekiem.
- Jaś jest moim szczęściem, nie problemem.

Dodaj komentarz